piątek, 23 września 2016

Mój BuJo.

Oglądałam ostatnio u MyPinkPlum jej kalendarz zwany Bullet Journal, i powiem szczerze, że porwała mnie ta moda. Nie, żebym usilnie, szukała kalendarza, bo nie szukałam, ale fascynuje mnie to, że kalendarz mogę zrobić pod siebie, tak jak chce, i zapisywać w nim to co ja chce. Dziś przedstawię Wam, jak wygląda mój BuJo. :)

Jak widać u mnie to zwykły zeszyt jest. Format B5, czyli ciut większy niż, A5. 

 Pierwsza strona, to zaznaczenie na wesoło, dat urodzin. Podpatrzyłam, na Pinterest. :)
 Mój październik. Bo dla mnie wrzesień zaraz się kończy. Plan na październik taki jak zawsze czyli w tabelce, w której znajdują się takie kategorie jak:
ćwiczenia - no wiadomo dlaczego, ale głownie dlatego, że dobrze to na mnie wpływa, bo już chyba przestało mi chodzić o ten cholerny tłuszcz.
dieta - to samo co przy ćwiczeniach, dobrze na mnie to wpływało.
woda - mimo, że do toalety chodzę po tym 5 razy więcej, to i tak warto.
angielski i matematyka - ale o tym cicho sza.
kulki gejszy - tak moi mili państwo, każde mięśnie warto ćwiczyć, te kobitki też powinny, ja robię to ze względu na moją pracę, po której któregoś dnia macica może wypaść i wcale nie będzie to wesołe, wręcz przeciwnie.
 Standardowo, tabelki :) i inne mazgrołki. Mistrzem rysowania to ja jednak nie jestem 
 

Tak się zapędziłam, że wylądowałam z planowaniem aż do nowego roku. :)

A Wy macie? Używacie?

czwartek, 15 września 2016

Nadszedł czas...


Wiem, wiem. Gadam o tym, nic właściwie nie robiąc.

Wczoraj wcisnęłam się w bluzkę  która teoretycznie powinna być dla mnie dobra. Wyglądałam jak słoń. Serio albo jak bym była w ciąży, tak mniej więcej 6 miesiąc.

Tak być po prostu nie może. Moim głównym problemem jest to, że lubię jeść.
Jak wiecie podejmowałam trzy miliony różnych prób i z jedzeniem i z aktywnością fizyczną, i jak jeszcze z aktywnością daję radę, tak z jedzeniem zawsze przegrywam. I to już nawet nie chodzi o słodycze, bo bez tego wytrzymam, ale ja lubię sobie zjeść, tak konkretnie czyli nie mało, a dużo.

Ale nadszedł ten czas, że trzeba coś z tym zrobić. I od dziś zaczynam. Standardowo raporty co miesiąc. :) 

Przez ostatnie kilka dni wpieprzałam jak głupia i finałem tego było to, że źle się czułam, bolał mnie brzuch i wyglądałam jak wieloryb! Straszne to było i nigdy więcej!

Nie wiem jeszcze jak to z tą dietą zrobić, czy jeść 5 posiłków, czy może 3? I jakie je jeść, czy np. moje dzisiejsze śniadanie czyli dwa jajka na miękko, dwa małe kromki chlebka i pomidor to nie dużo?

No nic zobaczymy... :)

niedziela, 11 września 2016

Raz na milon lat, raz milion świetlnych lat ... - czyli krótka historia o tym jak to 9 lat wytrzymałam jużz Zyrolem



Miał być romantyczny wpis bo taki też napisałam, ale stwierdziłam, że ckliwe teksty w tym dniu to, nie najlepszy pomysł.

Bo dziś. Tak właśnie dziś 11 września, obchodzimy DZIEWIĄTY rok, znoszenia siebie na wzajem. Znaczy się rocznicę mamy.  Rocznicę bycia ze sobą, bo rocznicę podpisania cyrografu mamy 19 września.

Ale ja jak zwykle nie o tym chciałam pisać, bo przecież miało być o tym jak Motyl poznał Zyrola. Wracam więc na dobre tory, i już wam opowiem to story.

A było to tak:

Mówiłam Wam, że prowadziłam photobloga, na photoblog.pl
I tak Kuba też prowadził. Jak trafił na mój blog nie wiem, ale dość sporo komentował, aż wreszcie na te komentarze zaczęłam czekać, za to on na moje.

Żadne inne się nie liczyły. Warto dodać, że ja byłam w związku który już trochę trwał, a potem przez pewną kawę przestał trwać.

Od komentarzy, przeszliśmy do przestarzałego już gadu gadu, a z gg, do reala. I tak o to, żeśmy umówili się na kawę, dość mocno zakrapianą chmielem.

I to było dokładnie 11 września 2007 roku. Od tamtej pory sporo się działo. Bo stworzyliśmy Smarka, powiedziałam, Zyrolowi tak, i podpisałam z nim cyrograf. Kupiliśmy kilkadziesiąt aut, no i mieszkanie.

Miliony razy rozstawaliśmy się i schodziliśmy. Wypiliśmy chmielowych kaw naprawdę dużo.

I znamy się tak dobrze, że już Kuba nie pyta, czy zrobić mi herbatę bo po prostu ją robi, ja wiem, że lubi kawę, z mlekiem i samo mleko też lubi. Znamy się tak, że nie musimy sobie mówić, i tak wiemy co które z nas zrobi.

I powiem szczerze, że nie wiem, że nie wiem jak ja te dziewięć lat wytrzymałam, i to w dobrym zdrowiu psychicznym, ale kocham tego faceta. <3

środa, 7 września 2016

Cyrk!

Hop sa sa, byłam któregoś dnia, w cyrku z Kingą. Pamiętam, wakacje jeszcze były. :)

A tak na poważnie, naprawdę byłam w cyrku. Raczej nie chodzę do cyrku, bo nie zgadzam się z męczeniem zwierząt, ale nie ja fundowałam bilety, i choć raz dziecko można zaprowadzić, by zobaczyło i wiedziało o co chodzi w ogóle z tym całym cyrkiem.

Tak więc poszłam. I nie powiem bym źle się bawiła.

Były wielbłądy, były konie, były psy, były kozy, i zebry też były. Klown, też. Ogólnie dwie godziny dobrej zabawy, choć naprawdę miałam mieszane uczucia, co do tych zwierząt.

Ja jak ja, dorosła jestem, więc cyrk był dla Kingi, którą obserwowałam. Jej oczy robiły się wielkie, albo się śmiała, i właściwie, mimo moich sprzecznych emocji, cieszyłam się, że ona się cieszy.

Artyści. :)




Zwierzaki, jedne z wielu.


Klown Dino.

A dla mnie najpiękniejszym widokiem, prócz uśmiechu mojego dziecka był ten widok. :) Jak wracałyśmy piechotką do domu.


Naprawdę, mam mieszane uczucia, bo nie jestem za tresurą zwierząt, ale tresuje się przecież też psy policyjne. Kwestia oczywiście dyskusji, ale ja równie dobrze, bawiła bym się przy samych akrobacjach i innych takich, bez zwierząt.

A co Wy myślicie? Chodzicie do cyrku?